Tatry
Madera
Porto Santo
Islandia
Podróże
od nich wszystko się zaczęło
Zanim skierowałem aparat na innych ludzi, szukałem światła w krajobrazie. Pierwsze zdjęcia robiłem żonie w górach, na szlakach i pięknych plażach. To właśnie w podróży poczułem jaką radość sprawia mi łapanie tych wszystkich pięknych widoków. Nie myślałem wtedy, że to się rozwinie w coś więcej. A jednak… to właśnie krajobrazy nauczyły mnie patrzeć, kadrować, łapać odpowiednie światło. Do dziś są dla mnie oddechem i przypomnieniem, skąd w ogóle wziął się ten cały pomysł. Dlatego chcę, żeby miały tu swoje miejsce. Bo bez nich nie byłoby ani tej strony, ani żadnej sesji.
Turcja
Sardynia
Wenecja
Korsyka
Tatry
pierwsze kroki z aparatem
Tatry – miejsce, które chyba dla wielu jest pierwszym celem podróżniczych wypadów. Często zaczyna się podobnie: z plecakiem, spakowanymi z domu słoikami, noclegiem w maleńkim pokoiku na poddaszu i ambitnymi planami na szlaki. Tak było i u nas.
Aparat targałem na szyi bardziej z obowiązku niż pasji, ale skoro już był.. to próbowałem. Z różnym skutkiem. Częściej słyszałem, że coś uciąłem, horyzont jest krzywy, albo że to zdjęcie to „chyba przez przypadek się udało”. To w Tatrach dowiedziałem się co to ekspozycja, czas naświetlania czy ten cały tryb manualny. I to właśnie dzięki tym wędrówkom po Tatrach nauczyłem się podstaw i zacząłem rozumieć, co robię. Z perspektywy czasu to był pierwszy krok do tego, żeby świadomie zacząć patrzeć przez wizjer.
Madera
fotograficzny przełom
Pierwsza wizyta to nasz wyjazd ślubno-poślubny. W czasach, gdy świat jeszcze mocno zwalniał i wszystko robiło się ostrożniej – trafiliśmy na wyspę praktycznie bez turystów. Madera przywitała nas krajobrazami z innej planety. Rozkochała w sobie od pierwszego przejazdu z lotniska do noclegu.
To właśnie tam odbyła się nasza sesja poślubna – obłędne zdjęcia zrobili nam fantastyczni ludzi, czyli Diana i Marcin z Lost Italianos. Zobaczenie siebie w takim wydaniu coś we mnie przestawiło. Zacząłem inaczej patrzeć na zdjęcia, analizować kadry, światło, emocje. Zasiało się ziarenko, które potem przerodziło się w pasję.
Po powrocie czuliśmy tak ogromny niedosyt, że niemal od razu zaczęliśmy planować kolejną wizytę. Bo Madera nie przestaje zaskakiwać. Każda droga, każdy zakręt skrywa coś nowego. Zapuszczaliśmy się w jej dzikie zakamarki, czasem kompletnie sami, czując się jakbyś trafili do jakiegoś równoległego świata. Jeśli ktoś kiedyś powiedział Wam, że Madera jest piękna – to było niedopowiedzenie. Ona jest obłędna. Po 1,5 roku wróciliśmy na wyspę i spędziliśmy tam kolejne 2 tygodnie. Ta druga wizyta to już było świadome polowanie na światło – wschody, zachody, miejsca, których wtedy jeszcze nie znaliśmy. I to właśnie z tego wyjazdu pochodzą pierwsze zdjęcia, które naprawdę zaczęły się podobać. Poczułem, że to ma sens. Że chcę więcej.
Porto Santo
skuterem wzdłuż i wszerz
Podczas naszej drugiej wizyty na Maderze postanowiliśmy popłynąć promem na jej małą sąsiadkę – Porto Santo. Wielkością może i nie poraża – spokojnie dałoby się ją porównać do większej dzielnicy – ale za to krajobrazem zupełnie odbiega od swojej większej siostry. W trzy dni zdążyliśmy objechać całą wyspę na skuterze, przejść niemal wszystkie dostępne szlaki i nasycić się tym surowym krajobrazem. Suche wzgórza, szerokie plaże i ogrom przestrzeni – krajobraz bardziej pustynny niż tropikalny. A do tego złote światło o zachodzie, które rozlewało się na piasku jak miód.
Było też dużo błogiego lenistwa – po intensywnym zwiedzaniu Madery, tutaj po prostu odetchnęliśmy. Bez pośpiechu, z kawą na plaży i widokiem na bezkresny ocean. To tylko trzy dni, ale spokojnie mogłyby trwać dużo dłużej. Wróciliśmy zresetowani, zakochani w tej prostocie i totalnym spokoju wyspy.
Islandia
baśniowa kraina
Islandia była marzeniem, które wydawało się trochę poza zasięgiem. Ale po kilku wieczorach spędzonych na researchu udało się skleić dość budżetowy plan. I zrobiliśmy to, śpiąc na dmuchanych materacach w wypożyczonym Fordzie Kuga przy ledwie kilku stopniach na zewnątrz, zwiedzając kolejne kempingi, kąpiąc się często w zimnej wodzie i jedząc chleb z najtańszym serkiem. Poziom komfortu może i był dość niski, ale za to wskaźnik przygody wymaksowany.
Objechaliśmy pół wyspy, pokonaliśmy 3000 km w 7 dni, zrobiliśmy setki zdjęć, odwiedzając najpopularniejsze miejsca o nieludzkich porach – głównie wieczorami i nocą, korzystając z dnia polarnego. Kąpaliśmy się w gorących źródłach na totalnym pustkowiu, podziwialiśmy zbyt szybko topniejące lodowce i poczuliśmy się całkowicie mali wobec surowej i potężnej natury. To był nasz najbardziej intensywny wyjazd. Każdy dzień to zupełnie inny krajobraz i nowe zachwyty. Islandia wchodzi mocno i zostaje z tyłu głowy. I choć wróciliśmy zmęczeni jak nigdy wcześniej, jedno było pewne – to dopiero połowa. Jeszcze tam wrócimy. Ale już z lepszym sprzętem. Ten wyjazd utwierdził nas w przekonaniu, że wiekowa lustrzanka zasługuje już na emeryturę.
Turcja
sprzętowa rewolucja
Po lodowatej Islandii wiedzieliśmy jedno – kolejny kierunek musi być ciepły. Wrześniowa Turcja? Brzmiało idealnie. Skończyło się 40 stopniowym upałami – nie narzekaliśmy. Zamiast kurortów i hotelowych kompleksów wybraliśmy lokalne klimaty – zaszyliśmy się na pięć dni w Cirali, gdzie życie płynęło wolniej, wschody słońca były jak z bajki, a owoce z lokalnego targu zaskakiwały smakiem. Później ruszyliśmy dalej, śladami szlaku licyjskiego, odkrywając kolejne urokliwe miejsca, zatoczki, punkty widokowe.
Wiedzieliśmy, że może być pięknie, ale nie spodziewaliśmy się, że będzie aż tak magicznie. Turcja powoli, ale skutecznie podkradała nam serca – wschodami, zachodami, zapachami, smakami, życzliwością ludzi. Było coś wyjątkowego w tej prostocie i spokoju. Coś, co zostaje z człowiekiem na dłużej.
To też był pierwszy wyjazd z nowym sprzętem. Inne podejście, większa swoboda, większa jakość. To właśnie po tej podróży coraz częściej łapałem się na tym, że chciałbym trzymać aparat w rękach nie tylko na urlopie. Coś zaczęło we mnie kiełkować. I już nie chciało przestać.
Sardynia
niespodziewane zachwyty
Sardynia nigdy nie była na naszej bucket liście. Nie spoglądaliśmy w jej kierunku z rozmarzeniem, nie wzdychaliśmy do niej wieczorami. A jednak stała się miejscem, które wywarło na nas ogromne wrażenie. Zaskoczyła nas swoją naturalną urodą, pięknymi krajobrazami i klimatem, który idealnie wpisał się w nasz sposób podróżowania – aktywny wypoczynek, połączony z poszukiwaniem niezapomnianych kadrów.
To był wyjazd intensywny – taki, jak lubimy najbardziej. Wypoczynek połączony z ciągłym ruchem. Wyszukiwaliśmy ukryte zatoczki i plaże, do których czasem trzeba było dojść na piechotę przez pachnące ziołami ścieżki. Snorkowaliśmy w turkusowych wodach, wchodziliśmy na punkty widokowe, błądziliśmy po krętych, górskich drogach – zawsze z aparatem, zawsze z myślą o tej jednej, właściwej porze dnia. Sardynia była pięknym zaskoczeniem. I jednym z tych miejsc, które pokazują, że najlepsze historie zaczynają się czasem zupełnie niepozornie.
Wenecja
spontaniczny przystanek
Wenecja to był totalny spontan, efekt nagłego załamania pogody w Alpach i porannej narady przy kawie. W trakcie naszej podróży na Korsykę mieliśmy zatrzymać się gdzieś w górach, ale deszcz i chłód skutecznie nas przekonały, żeby szukać słońca gdzie indziej. Padło na Wenecję.
Nie jesteśmy fanami wielkich, zatłoczonych miast – a już zwłaszcza takich, które w sezonie pękają w szwach. Ale wrześniowa Wenecja była… zaskakująco znośna. Nadal turystyczna, wiadomo, ale momentami dało się odetchnąć.
Największy klimat? Zdecydowanie w bocznych uliczkach. Tam, gdzie kończą się główne szlaki i zaczyna się prawdziwe miasto – z cichymi kanałami, pustymi mostkami i odbijającym się echem kroków. Gondole, wąskie przejścia, zapach wilgotnych murów i świadomość, że to wszystko istnieje tu od setek lat – robią swoje. Dla nas parę godzin wystarczyło. Żeby się zatrzymać, złapać parę kadrów, poczuć miejsce – i jechać dalej. Ale cieszymy się, że ten przypadek się wydarzył.
Korsyka
namiotowy roadtrip
Zachwyciła nas w 2021 roku, kiedy żadni przygód, przeglądaliśmy kolejne relacje na podróżniczych instagramach. Była odległym marzeniem – droga, trudno dostępna, zostawiona na później. Ale pół roku wcześniej patrzyła na nas zadziornie z sąsiedniej Sardynii, będąc praktycznie na wyciągnięcie ręki. Moja żona rzuciła pomysł, którego sama się trochę bała, czekając na moją racjonalną analizę i sposób na jego realizację. Z czasem marzenie przerodziło się w plan. Tak było z Islandią przespaną w samochodzie i tak samo wyszło z Korsyką, gdzie kempingowaliśmy w pożyczonym namiocie, przemierzając ją 16-letnim oplem, pożyczonym od mojego taty. Dało nam to ogromną niezależność w zwiedzaniu tej pięknej wyspy, dostosowywaliśmy plany do kapryśnej wrześniowej pogody.
Korsyka zachwyciła. Zobaczyliśmy góry, które wyglądały jak z innej planety, obłędne klify w Pianie, plaże jak z folderu, miasteczka z duszą. No i te wrześniowe zachody, które malowały horyzont swoją intensywnością. To była wspaniała przygoda. 5000km po Europie, 1 noc w hotelu, 13 nocy pod namiotem, 1 noc w samochodzie pod Livorno… Setki kilometrów w nogach i kilka ładnych zdjęć.
